Opowieści Pani Barbary – Madera

  • Wycieczka pobytowa
  • Portugalia, Madera
  • Od 2428 PLN
  • Liczba dorosłych: 1-2
  • Liczba dzieci: 1-2
  • Wyjazdy od 27.06 - do 07.11

Z wielką przyjemnością przedstawiamy Wam Naszą blogową kategorię „Opowieści naszych klientów”.

 

Bohaterką opowieści jest Nasza stała klientka – wspaniała kobieta – bardzo doświadczona w światowych wojażach – Pani Basia Podgórska. Uwielbia wycieczki objazdowe (nie stroni również od pobytowych) i postanowiła zapisywać swoje wspomnienia oraz spostrzeżenia w formie swoistego „dziennika”. Dzięki jej uprzejmości możemy podzielić się z Wami tymi wspaniałymi opowieściami : )

Na tapetę wskakuje wycieczka pobytowa na Maderze, zwanej także krainą wiecznej wiosny, w hotelu czterogwiazdkowym Rocamar & Royal Orchid.

Serdecznie zapraszamy do lektury (w formie niezmienionej).

 

MADERA

27 listopada – 4 grudnia 2012 r.

(Organizator: Biuro Podróży ITAKA)

 

wtorek – 27 listopada

Wylatujemy punktualnie o 11.00 samolotem linii Travel Service wyczarterowanym przez ITAKĘ. Lot trwa niestety długo – niemal 5 i pół godziny. Pogryzamy własne kanapki, bowiem linia ta nie serwuje darmowego poczęstunku, jedynie drogie napoje w styropianowych kubkach…

Transfer do hotelu to dosłownie kilkanaście minut – hotel Royal Orchid & Rocamer usytuowany jest na klifie w odległości 11 km od lotniska. Opis hotelu w katalogu sugeruje, że są to hotele „bliźniacze”, niestety nie są to bliźniaki jednojajowe – jeden z nich – Royal Orchid urodził się pierwszy, jest dobrze „wypasiony”, a jego mieszkańcami są wyłącznie Niemcy, Holendrzy i Anglicy i to raczej niezbyt liczni, natomiast Rocamer – młodszy i słabszy bliźniak przeznaczony jest dla, delikatnie mówiąc, gości z ciągle jeszcze „gorszych” krajów, takich jak Polska czy Litwa. My i tak mamy szczęście, bo dostajemy pokój z bocznym widokiem na ocean, inni takiego szczęścia nie mieli i mogą oglądać z balkonu jedynie mur lub parking…

Pokoje niezależnie od położenia są ładne, czyste, duże i dobrze wyposażone, jest telewizor (z polskim programem POLONIA), lodówka, sejf, a w łazience – wanna, natrysk, bidet, suszarka do włosów i zestaw kosmetyków do pielęgnacji włosów i ciała. Na balkonie stoi stoliczek i dwa fotele, ale trudno tam wytrzymać z powodu silnego wiatru (balkon „wychodzi” na pasaż między hotelami, w którym niezależnie od pogody panują straszliwe przeciągi).

Rozpakowujemy się w miarę szybko i wychodzimy na „rekonesans” aby zorientować się jak się poruszać, ponieważ budynek hotelu to istny labirynt schodów, korytarzy i tarasów.

O 19-tej schodzimy na kolację w formie obfitego bufetu – nie warto opisywać menu, należy jedynie zaznaczyć, że wszystko było smaczne, a deserów mnóstwo i to bardzo urozmaiconych…

Śniadanie średnie: są płatki z mlekiem, ananas z puszki i świeże pomarańcze, jajka sadzone i jajecznica, jakieś placuszki, wędliny nieciekawe, przypominające mortadelę, żółty ser, dżem, jogurt, kawa i herbata.

Po śniadaniu przewidziane jest spotkanie z rezydentką, o dziwo – bardzo fajną i kompetentną o imieniu Ania. Pięknie prezentuje Maderę pokazując wielkie fotografie najciekawszych miejsc i nie namawia w sposób nachalny do uczestnictwa w wycieczkach. Może to właśnie sprawia, że wiele osób (my również) zapisuje się na wycieczkę nazwaną „centrum wyspy”. Pani Ania informuje o możliwościach wynajmu samochodów oraz zachęca do indywidualnego zwiedzania Funchal – stolicy wyspy, co z pewnością ułatwi bezpłatny transport mikrobusem hotelowym.

Po zebraniu idę na niewielki taras otoczony skałami i bujną roślinnością z widokiem na ocean. Obserwuję gwałtowne zmiany pogody: początkowo kropi drobny deszczyk, za chwilę pojawia się jaskrawa tęcza i zaczyna świecić ostre słońce. To z pewnością wpływ oceanu i wysokich gór. Temperaturę oceniam na jakieś 19-20 stopni.

Ocean wygląda nieprzyjaźnie, fale rozbijają się o czarne skały, plaż nie ma, są tylko tarasy z leżakami.

Penetrujemy najbliższą okolicę znajdując mały sklepik z pamiątkami, między innymi zwraca uwagę książka o Maderze w języku polskim wydana we… Włoszech, ale dość droga – 18 euro. Idziemy w drugą stronę tak zwaną promenadą nadmorską – czyli stromą ścieżką i schodami w górę lub w dół, bo inaczej się nie da…Dookoła pełno ciekawych roślin – łany aloesów w pełni kwitnienia mające ceglastoczerwone kwiatostany w formie kłosów, różnobarwne hibiskusy i bugenwille, agawy z ogromnymi kwiatostanami przypominającymi lisie ogony i wiele innych.

Po kolacji zamierzam napisać trochę o historii i geografii Madery posługując się hotelową książką o wyspie zawierającą 80% reklam i 20% interesujących informacji.

Nazwa „MADERA” pochodzi od słów „wyspa drzew”. Podobno to wysłannik Henryka Żeglarza – portugalski kapitan Joao Goncalves ZARCO jako pierwszy dopłynął do jej wybrzeży w 1420 r. i nie zwlekając objął ją w posiadanie w imieniu królestwa Portugalii. Zaprosił tu z ojczyzny osadników, którzy rozpoczęli karczowanie lasów i wypalanie zarośli. Działalność ta trwała siedem lat, ale zaowocowała uzyskaniem sporych połaci urodzajnej ziemi. Nowi mieszkańcy założyli plantacje trzciny cukrowej i sprowadzili z Krety sadzonki winorośli. Rozwinęła się produkcja specyficznego wina, któremu nadano nazwę „madera” od nazwy wyspy. W XVI wieku do portu w Funchal zawijały liczne statki, a mieszkańcy bogacili się na handlu. Wino stało się towarem wymiennym, jednakże pierwsze jego partie ulegały zepsuciu podczas długich rejsów. Jeden z pomysłowych żeglarzy wpadł na pomysł aby konserwować wino dodając do niego brandy, a degustacja wykazała, że trunek z rozgrzanych przez słońce okrętowych ładowni smakuje znakomicie. I w ten oto przypadkowy sposób „narodziła się” madera.

Historia wyspy jest jednak znacznie starsza i nie rozpoczęła się wraz z przybyciem kapitana Zarco. Znacznie wcześniej docierali tu Fenicjanie, Grecy i Rzymianie.

Wyspa jest niewielka, ma zaledwie 741 km2, ale klimat bardzo zróżnicowany – południowe wybrzeże jest znacznie cieplejsze od północnego, które z kolei jest bogatsze w wodę. Liczba mieszkańców wyspy wynosi 250 tysięcy, z czego większość mieszka w stolicy – FUNCHAL. Najwyższym szczytem jest Pico Ruivo de Santana – ma 1862 m. Madera to nie tylko „sama” wyspa, ale także niewielki archipelag, na który składa się zamieszkała wyspa Porto Santo leżąca w odległości 40 km od Madery oraz bezludne wysepki Ilhas Desertas i Ilhas Selvagens,

Od czasu, gdy wyspa została zagospodarowana od strony turystycznej – stała się ulubionym miejscem pobytu wielu możnych tego świata. Legenda głosi, że polski król Władysław Warneńczyk nie zginął w bitwie pod Warną (jego ciała nigdy nie odnaleziono), lecz schronił się na Maderze, gdzie dożył w spokoju sędziwego wieku…Na Maderze bywała również cesarzowa Austrii i Węgier Elżbieta zwana „Sissi” uciekając od niekochanego męża i spraw dworskich. Winston Churchill bardzo lubił krajobrazy Madery, które uwieczniał na pięknych akwarelach, był bowiem nie tylko genialnym politykiem ale także utalentowanym malarzem. Marszałek Polski Józef Piłsudski na zalecenie lekarza spędził na Maderze kilka miesięcy w latach 1930-1931, podobno jednak wyspa niezbyt mu odpowiadała – wolał Zakopane. Pobyty znanych osób na Maderze upamiętniono pomnikami lub tablicami – Sissi ma swój pomnik obok kasyna w Funchal, Piłsudski – popiersie w pobliżu katedry i parlamentu, a Churchill – bar w wiosce Camara do Lobos (czyżby dlatego, że był znanym amatorem wysokoprocentowych trunków?).

O innych szczegółach dotyczących Madery i jej poszczególnych rejonów napiszę później.

czwartek – 29 listopada

Jedziemy na zorganizowaną przez Itakę wycieczkę nazwaną „centrum wyspy”. Zjadamy solidne śniadanie typu „English breakfest” (smażony bekon, jaja sadzone, jajecznica, fasolka w sosie pomidorowym, pieczone pomidory), bo czeka nas całodniowa wędrówka po wyspie.

Naszą przewodniczką jest pani Sonia, miła i kompetentna mieszkanka Madery, którą na wyspę przywiodła miłość, bowiem poślubiła Portugalczyka. Mijamy marinę w Funchal kierując się ku stacji kolejki gondolowej dowożącej pasażerów na górę Monte, gdzie będziemy zwiedzali ogród tropikalny. Z okien (niestety, dość brudnych) wagoników kolejki rozciąga się panorama miasta Funchal.

Przed rozpoczęciem spaceru po ogrodzie oglądamy ciekawą wystawę współczesnej rzeźby afrykańskiej (obiekty pochodzą głównie z Zimbabwe) oraz wystawę minerałów i kamieni szlachetnych pięknie wyeksponowanych i oświetlonych.

Ogród tropikalny Monte uchodzi za jeden z najpiękniejszych na Maderze, a jego historia sięga XVIII wieku, kiedy to konsul brytyjski Charles Murray zakupił teren położony od południowej strony kościoła w Monte i przekształcił go w piękną posiadłość nazwaną później Quinta do Prazer („Urocza Posiadłość”). W 1897 r. Alfredo Guilherme Rodrigues odkupił posiadłość i zainspirowany widokiem zamków jakie obejrzał nad brzegami Renu zbudował na wzgórzu piękny pałac otoczony wspaniałymi ogrodami. Pałac ten przekształcono później w Monte Palace Hotel. W 1987 r. zakupił go przedsiębiorca Jose Manuel Rodrigues Berardo tworząc istniejącą do dziś prywatną fundację charytatywną Jose Berardo. Jednym z założeń tej fundacji jest ochrona środowiska naturalnego i zgodnie z tym założeniem nastąpiła przebudowa ogrodów i odrestaurowanie zdobiących je zabytkowych rzeźb i budowli. Ogrody są dostępne dla publiczności przez siedem dni w tygodniu.

Ogród Tropikalny Monte zajmuje powierzchnię 70.000 m2 obsadzoną egzotycznymi okazami flory pochodzącymi z różnych kontynentów, takimi jak np. 700 sagowców należących do 60 gatunków i protee z Południowej Afryki, azalie z Belgii kwitnące od kwietnia do listopada, storczyki z Himalajów kwitnące od listopada do maja, pochodzące z Afryki kliwie kwitnące w kwietniu i hortensje kwitnące od lipca do grudnia, wrzosy ze Szkocji, sekwoje pochodzące z Ameryki, akacje z Australii, tysiącletnie drzewa oliwne z Alqueva w Portugalii, cedry, puchowce i wiele innych, jak również typową roślinnością lasów laurowych (Laurisilva). Ogród został w 2000 r. wpisany przez UNESCO na listę Światowego Dziedzictwa Przyrodniczego. Rośliny lasów laurowych znajdujące się w Ogrodzie to przede wszystkim: wawrzyn (= laur) (Laurus novocanariensis), sezamowiec (Ocotea foetens), wawrzyn indyjski (Persea indica), Apollonias barbujana, buk (Myrica faya), tulipanowiec (Clethra arborea), jałowiec kanaryjski (Juniperus cedrusi) i Pittosporum coriaceum.

Ścieżki w ogrodzie ozdobione są licznymi posągami pochodzącymi z wieków XVI-XX, ceramicznymi obrazami przedstawiającymi sceny z historii Portugalii, rzeźbami, niszami, altanami, pagodami, figurami Buddy, smokami otoczonymi dziećmi oraz latarniami. Wiele obiektów zainspirowanych jest kulturą chińską i japońską.

Chodzimy po tym zaczarowanym ogrodzie zatrzymując się obok sadzawek, w których żyją różnobarwne ryby, sztucznych wodospadów i podziwiając zgromadzone okazy roślin, dywany kwiatowe, secesyjne nimfy i amorki, a także majestatyczne łabędzie, pawie i ozdobne kogutki. Nie trzeba chyba dodawać, że wszyscy namiętnie fotografują…

Po opuszczeniu ogrodu wdrapujemy się wysoko do kościoła Matki Boskiej z cudowną figurką chroniącą mieszkańców przed powodzią (ale czemu znalazła się tak wysoko, przecież na takiej górze powódź nie grozi!!!). W kościele pochowany jest ostatni cesarz Austrii i Węgier Karol I Habsburg, którego pomnik stoi na dziedzińcu. Wstąpił na tron po śmierci cesarza Franciszka Józefa i samobójczej śmierci następcy tronu księcia Rudolfa. Nie był przygotowany do pełnienia roli cesarza, nie ukończył żadnych szkół, uchodził za nieuka, hulakę i kobieciarza, co nie przeszkodziło mu mieć siedmioro legalnych dzieci…Ze względu na jego wady „zesłano” go na Maderę, gdzie zmarł na zapalenie płuc po silnym przeziębieniu. Nasza przewodniczka informuje, że z uwagi na działalność charytatywną został przez papieża Jana Pawła II beatyfikowany, a na wyspie uważany wręcz za świętego. .. Tak więc nawet liczne wady nie przeszkadzają w drodze ku świętości,,,

Zaczyna siąpić drobny deszcz, a część uczestników wycieczki zamierza zjechać na dół drewnianymi saniami pchanymi po stromej uliczce przez dwóch dżentelmenów. Jakoś nas to nie kręci i kierujemy się w stronę autokaru, gdzie poczekamy na tych amatorów silnych wrażeń.

Pogoda niestety staje się stabilna, co oznacza, że zachmurzenie jest niemal całkowite, a drobny „kapuśniaczek” zmienia się w prawdziwy deszcz., co nieciekawie wróży jeśli chodzi o widoczność w górach. Wjeżdżamy w gęste lasy drogami wijącymi się jak węże pokonując liczne tunele i starając się nie patrzeć w głębokie przepaście. Pani Sonia mówi, że rząd prowincji Madera stara się kupować lasy należące do prywatnych właścicieli, bowiem lasy państwowe mają swoich „opiekunów”, są zadbane, usuwa się martwe drzewa, dosadza nowe, natomiast lasy prywatne to „zapuszczone” chaszcze. Widać to wyraźnie, gdy strażnicy leśni podnoszą drewniane szlabany i wpuszczają nasz autokar na teren państwowy. Zatrzymujemy się na lunch w restauracji usytuowanej w pobliżu punktu widokowego, ale niestety, mgła i deszcz uniemożliwiają podziwianie szczytów górskich.

Lunch jest bardzo smaczny: wino czerwone i białe, przystawka w postaci lokalnego chrupkiego gorącego chleba z masłem czosnkowym, stek z tuńczyka z frytkami i warzywami, a na deser pudding z marakuji.

W sklepie obok restauracji następuje pokaz przygotowywania lokalnego napoju „ponche” składającego się ze świeżo wyciśniętego soku pomarańczowego i cytrynowego zmieszanego z miodem i surowym rumem. Degustacja wypada nad wyraz pozytywnie….Część osób robi zakupy alkoholowe i nie tylko – można nabyć typowe dla Madery czarne ciasto przypominające piernik.

Autokar zjeżdża teraz w dół do tak zwanej Doliny Zakonnic. Dolina ta otoczona niedostępnymi górami była początkowo schronieniem różnego rodzaju uciekinierów – niewolników, przestępców i innych „dysydentów”. Później schroniły się w niej zakonnice obawiające się napadu piratów. Dziś zakonnic już nie ma, zostały jedynie drewniane postacie z wyciętą dziurą na głowę i można się sfotografować tak jak u nas na odpuście. Budzi to wielką radość, zwłaszcza panów i wszyscy robią sobie zdjęcia. W sąsiednim sklepie następuje degustacja lokalnych likierów – jest ich wiele, ale po spróbowaniu pierwszego z następnych zrezygnowałam – był to tak zwany „ulepek” o smaku lekarstwa na kaszel.

Pogoda się zmienia na korzyść – wychodzi słońce, a gdy znajdujemy się w rybackiej wiosce Camara do Lobos – robi się upał. Wioska położona jest nad uroczą zatoczką, stoją w niej rybackie kutry, a na nich na sznurach suszą się ryby zwane tutaj „espada” (pałasz) przypominające nieco węgorze, ale po rozcięciu i wypatroszeniu rozwieszone wyglądają jak nietoperze. Właściciele kutrów zgromadzeni na tarasie pobliskiego baru grają namiętnie w coś w rodzaju „trzech kart”, o czym świadczą wrzaski i awantury. Wchodzimy do maleńkiego kościółka z pięknym wystrojem w stylu manuelińskim: plafon jest malowany, ołtarz bardzo bogaty, a na bocznych ścianach widnieją sceny ze Starego Testamentu. Czasu jest niewiele, ale biegnę niemal kłusem aby sfotografować bar „Pod Churchillem” w domu, w którym Sir Winston pomieszkiwał i malował z wielkim upodobaniem zatokę i rybaków.

Zatokę otaczają wydłubane w skałach tarasy z plantacjami bananowców i winorośli. Kiście bananów ważą od 40 kg wzwyż, a rekordowe dochodzą do 70 kg. Pani Sonia tłumaczy, w jaki sposób bananowce się rozmnażają. Otóż pierwsza roślina to tzw. „babka”, czyli ta, która aktualnie rodzi owoce. Gdy „babka” kończy owocowanie, rozpoczyna je „córka”, a w gotowości jest już „wnuczka”. No cóż, życie rodzinne kwitnie! Winorośl porozpinana jest na daszkach aby maksymalnie zwiększyć dostęp roślin do słońca i zapewnić przepływ powietrza. Zapobiega to rozwojowi chorób grzybowych i ogranicza konieczność stosowania środków chemicznych.

Po powrocie oceniamy, że wycieczka była bardzo udana, a pani Sonia nad wyraz profesjonalnie i interesująco opowiadała o walorach swojej wyspy. Postanawiamy wybrać się na jeszcze jedną wycieczkę – na wschód wyspy.

piątek – 30 listopada

Postanowiłyśmy pojechać do Funchal mikrobusem hotelowym, który zatrzymuje się na deptaku koło Twierdzy św. Wawrzyńca. Do tego miejsca łatwo trafić z każdego zakątka miasta tym bardziej, że jest widziane z góry.

Osadę Funchal założył w 1421 r. kapitan Joao Goncalves ZARCO – oficjalny odkrywca Madery, a w 1508 r. król Portugalii Manuel I Szczęśliwy nadał osadzie prawa miejskie.

Swoją nazwę Funchal zawdzięcza koprowi (Feniculum vulgare) – po portugalsku „funchu” – roślinie masowo występującej na wyspie. Dzisiaj Funchal liczy około 110 tysięcy mieszkańców.

Według informacji zawartych w wydawnictwie udostępnionym w hotelu Funchal słynie z pięknych rezydencji i ogrodów. Część zachodnia miasta to głównie hotele i restauracje, natomiast wschodnia to stare rybackie domki o ciekawym lokalnym charakterze. Niektórzy nazywają Funchal „małą Lizboną” lub „królestwem kwiatów”. Chyba to drugie określenie jest bardziej trafne, bo zieleń i kwiaty dominują nie tylko w mieście, ale i na całej wyspie. Każdy przydomowy ogródek to właściwie mały ogród botaniczny, w którym rosną strelicje, aloesy, magnolie, hibiskusy, bugenwille, azalie, fuksje, hortensje,

Zwiedzanie postanawiamy rozpocząć od katedry („Se”) pod wezwaniem Najświętszego Sakramentu. Dziwi nas nad wyraz skromny wygląd zewnętrzny kościoła tak że w pewnym momencie ogarniają nas wątpliwości czy to rzeczywiście katedra. Jednak to katedra! Zbudowano ją w 1514 r. w stylu manuelińskim łączącym gotyk z renesansem, w wystroju widoczne są także wpływy arabskie. Zwraca uwagę wspaniały sufit z drewna cedrowego, tron biskupi w prezbiterium w stylu flamandzkim i bogato rzeźbione stalle.

Niedaleko od katedry odnajdujemy duży plac z ratuszem i kościołem kolegium jezuickiego pod wezwaniem św. Jana Ewangelisty zbudowanym przez Jezuitów w XVII wieku. Poraża bogactwo tego kościoła! To już nie barok, to chyba jakiś super-barok! W głównym ołtarzu i w ołtarzach bocznych pełno złoconych rzeźb różnych świętych, wszystko wręcz kapie od złota! Oprócz rzeźb na ścianach wiszą ogromne obrazy z XVIII wieku oraz ceramiczne płytki (azulejos) z XVII wieku. Katedra w porównaniu z tym kościołem wydaje się bardzo uboga i skromna.

Po sporej dawce sztuki sakralnej decydujemy, że poszukamy popiersia Marszałka Józefa Piłsudskiego, które stoi obok gmachu Parlamentu Madery. Szukamy dość długo, ale rezultat jest pozytywny! Rzeźba Marszałka jest udana (w przeciwieństwie do olbrzymiego posągu papieża Jana Pawła II stojącego obok katedry), autor uchwycił charakterystyczne rysy jego twarzy. Napis na tablicy w języku polskim i portugalskim brzmi „Józef Piłsudski, (1876-1935), Marszałek Polski, Naczelnik Państwa, przebywał na Maderze od grudnia 1930 do marca 1931 r.”. Podobno w Funchal jest również rondo nazwane jego imieniem, a na willi w której przebywał zamieszczono pamiątkową tablicę. W tym miejscu wypada chyba napisać kilka słów o pobycie Marszałka na Maderze.

Palił mnóstwo papierosów, sypiał niewiele, pracował niejednokrotnie do rana tak, że jego organizm uległ znacznemu wyniszczeniu. W 1928 r. doznał ataku apopleksji i lekarz zalecił mu wyjazd do Egiptu lub na Maderę w celu poratowania zdrowia. Syn prezydenta Ignacego Mościckiego Michał został wysłany na wyspę aby wyszukać odpowiednią rezydencję. Wybrał willę Quinta Bettancourt na spokojnym zachodnim przedmieściu Funchal na wzgórzu z widokiem na morze. Marszałkowi towarzyszyły jedynie dwie osoby: osobisty lekarz pułkownik Marcin Woyczyński oraz lekarka Eugenia Lewicka, z którą łączyło Marszałka głębokie uczucie. Romans ten był w Polsce przedmiotem wielu plotek i komentarzy, zwłaszcza później, gdy lekarka popełniła samobójstwo. Marszałek wrócił do Polski 29 marca 1931 r.

Z planem miasta w ręku poszukujemy ulicy Santa Maria słynnej z drzwi wejściowych do domów przepięknie pomalowanych przez różnych miejscowych artystów. Informacje o tych drzwiach znalazłam również w hotelowej książce! Warto o tym wspomnieć w opisach programów wycieczek objazdowych po Maderze, gdyż warte są obejrzenia, a tym bardziej uwiecznienia na zdjęciach. Ulicę odnajdujemy stosunkowo łatwo i zaczyna się sesja fotograficzna! Drzwi są w tak różnych stylach, że nie wiadomo, które wybrać! Jedne nawiązują do stylu art deco, inne do secesji, niektóre przypominają awangardowe malarstwo Salvadora Dali, ale każde z nich wyraża indywidualne podejście autora do tworzonego dzieła. To naprawdę wspaniała wystawa malarstwa na świeżym powietrzu!!! Dla ułatwienia podaję, że ulica Santa Maria przylega do słynnej hali targowej Mercado dos Lavradores.

Oczywiście wchodzimy do hali, gdzie czeka orgia barw i zapachów. Rozpoczynamy od „owoców morza”. Sprzedawcy prezentują ryby „espada”, ośmiornice, jakieś małże, krewetki i inne stwory, wszystko jest świeże, nie czuć typowego „rybiego” smrodku!

Wolimy jednak owoce i warzywa. Niektóre znamy, innych nie. Duże zielone owoce przypominające karczochy to owoce o nazwie „anona” mające w środku masę zbliżoną do śmietankowego budyniu, zielone długie szyszki to owoce znanego filodendrona często hodowanego u nas w doniczkach, niewielkie pomarańczowe podłużne owoce to „pomidory angielskie”. Oczywiście pełno pomarańczy, mandarynek, bananów, ananasów, papaji, awokado, mango oraz przeróżnych warzyw i słodkich ziemniaków – patatów. W sektorze kwiatowym dominują strelicje i protee, są także goździki, gerbery i lilie. Na piętrze mieści się sektor suszonych owoców i warzyw oraz przypraw.

W hali może handlować każdy mieszkaniec wyspy przywożący swoje własne produkty rolne.

Robimy sobie przerwę na małe piwo, a zgłodniałe koleżanki zamawiają sobie kanapki z rybą „espada”. Wędrujemy po wąskich uliczkach, wchodzimy do sklepików stwierdzając że ceny nie są tu wcale zawrotne, a dominują sklepy z butami. To chyba portugalska specjalność!

Wszędzie trwają przygotowania do Świąt Bożego Narodzenia. Ciepło, słonecznie, temperatura chyba jakieś 22 stopnie, a tu ustawiają Świętych Mikołajów, rozpinają kolorowe łańcuchy z gwiazdami, wieszają bombki – przeważnie na palmach!

Funchal to miłe i przyjazne miasto, jeszcze pełne turystów, wśród których przeważają „starsze nastolatki” z Niemiec, Holandii i Anglii! Jest bardzo czysto, widać pracowników z miotłami usuwających każdy najmniejszy odpadek.

Idziemy w kierunku twierdzy, obok której mamy zbiórkę i moją uwagę przykuwa drzewo całkowicie „gołe”, bezlistne, z którego zwisają duże zielone owoce przypominające kabaczki. Po bliższym przyjrzeniu się drzewu stwierdzam, że widziałam je w Peru i w Meksyku, lecz było wówczas w okresie kwitnienia. To puchowiec zwany inaczej „kapok tree”, święte drzewo Inków całe pokryte gęstymi kolcami. Wewnątrz owoców znajduje się delikatny puch służący do wyrobu kołder, kamizelek, kapoków itp.

Odnajdujemy nasz mikrobus i zadowolone z eskapady wracamy do hotelu.

sobota – 1 grudnia

Wieczorem i w nocy lało, tak więc miałyśmy szczęście, że wędrówkę po Funchal odbyłyśmy podczas pięknej słonecznej pogody. Sobota miała być dniem przeznaczonym na „leżenie odłogiem” na tarasie, ale sądząc po barwie i ilości chmur nic z tego nie będzie. Zapada decyzja, że łapiemy taksówkę i udajemy się na klif, na którym stoi ogromna figura Chrystusa – replika tej z Rio de Janeiro, tylko mniejsza.

Chyba nabożny cel wyprawy sprawia, że taksówka nadjeżdża błyskawicznie, chmury gdzieś odpływają i robi się wręcz gorąco. Co to za dziwny klimat!

Miejsce lokalizacji figury Chrystusa nazywa się Ponta do Garajau, a sama figura – Christus do Ray, czyli Chrystus Król. Do stóp figury wchodzimy dość wysoko po stromych drewnianych schodach, trzeba bardzo uważać, żeby się nie potknąć o wystające gwoździe i drzazgi. Figura stoi wśród kwitnących krzewów i kwiatów, wokół zapraszają ławeczki, można usiąść i kontemplować, co też czynimy. Po jakimś czasie schodzimy w dół aby figurę sfotografować od strony morza. Klif, na którym ustawiono figurę (w 1927 r.) jest bardzo wysoki i stromy, można zjechać na dół kolejką gondolową i obejrzeć klif z miejsca zwanego plażą, a będącego pryzmą czarnych wyszlifowanych przez wodę, kamieni. Fale rozbijają się o czarne skały, miejsce wygląda dość ponuro. Siadamy sobie na murku i korzystamy z miłego ciepła i ostrych promieni słonecznych. Podziwiamy z daleka ogromne „cruisery” , czyli wielkie statki pasażerskie o 4-5 pokładach przewożące tysiące ludzi. Kojarząc je z historią statku „Costa Concordia” stwierdzamy, że takie podróże to nie dla nas, lepiej już latać zwykłym samolotem i chodzić pieszo…

Jeszcze wypijamy po piwku w barku na górze i rozpoczynamy pieszą wędrówkę do hotelu (około 5 km) oglądając liczne rezydencje, poletka uprawne i ogrody. Zamiast odpocząć po dość forsownym spacerku (w górę i na dół, na zmianę) dziewczynom przyszło do głowy aby wybrać się do supermarketu (3 km pod górę) w miejscowości Canico. Jedziemy oczywiście taksówką z miłą panią „kierowczynią”, oglądamy miejscowy kościółek i przygotowania do jakiejś „balangi” (próby instrumentów muzycznych i mikrofonów). Balanga prawdopodobnie związana jest ze świętem państwowym jakie obowiązuje w dniu 1 grudnia. Supermarket podoba nam się bardzo, ceny są przyjazne, zaopatrujemy się w wino (1,2 – 1,4 euro za butelkę czerwonego), sery i wędliny mając na uwadze imprezę imieninową planowaną na poniedziałek…Z uwagi na ciężkie siatki wracamy taksówką, bo a nuż butelki by się zbiły podczas schodzenia na dół o zmroku…

niedziela –2 grudnia

Na wycieczkę na wschód wyspy jedziemy we dwie z Basią, Irka się zbuntowała, a Ania nie była w odpowiednim nastroju. Grupa jest niewielka, liczy 15 osób, a towarzyszy nam niezawodna pani Sonia.

Pierwszym punktem programu jest ogród botaniczny w Funchal, w którym zgromadzono 2000 gatunków roślin. Wielu nie znam, inne owszem, jedne kwitną, inne owocują. Rośliną powszechnie występującą, symbolem Madery jest strelicja traktowana przez miejscowych jak chwast, bowiem rozprzestrzenia się poza wszelką kontrolą. Zwraca uwagę strelicja olbrzymia o liściach podobnych do bananowca. W ogrodzie zorganizowano niewielką ptaszarnię z różnobarwnymi papugami, gołębiami, pawiami i bażantami. Z ogrodu roztacza się piękna panorama miasta.

Przecinając gęste lasy i góry docieramy do miasteczka Camacha słynącego z wikliniarstwa. Oglądamy ogromny salon wystawowy z różnego rodzaju wyrobami z wikliny – meblami, ozdobami, abażurami, koszami i wszystkim co tylko możliwe. Ceny są jednak niezbyt zachęcające…

Wjeżdżamy w lasy malowniczą drogą wspinającą się w górę. Lasy państwowe odgrodzone są szlabanami – państwo stara się przywrócić naturalną endemiczną roślinność usuwając np. eukaliptusy i inne zawleczone gatunki.

Przez chwilę oglądamy hodowlę pstrąga tęczowego w dolinie Ribeiro Frio, ale jest tu zimno i mokro, więc biegniemy szybko do miejscowej knajpki, wypijamy po kieliszku „ponche” (dobre, mocne, rozgrzewające) i idziemy ponad pół godziny wzdłuż starej lewady. Lewada to kanał dostarczający wodę z północnej części wyspy do części południowej. Dziś większość lewad to już tylko atrakcja turystyczna, ale dawniej trzeba było zatrudniać specjalnych pracowników do oczyszczania ich z liści i błota aby woda była czysta. Lewadę otaczają lasy laurowe Laurisilva – laury (wawrzyny) o grubych, sztywnych liściach nie pachną tak jak znane nam „listki bobkowe”. Ze zboczy okalających lewadę kapie woda tworząca na ścieżce gęste czerwonawe błoto. Docieramy do punktu widokowego mając nadzieję, że zobaczymy trzy najwyższe szczyty Madery, niestety mgła starannie je ukrywa…Widoczny jest tylko jeden – Głowa Orła, ale i tak jest pięknie.

Teraz pora na lunch – jemy go w ładnie usytuowanej restauracji. Menu smaczne: gęsta zupa jarzynowa, smażona „espada” z sałatą i ziemniakami oraz typowy pudding z marakuji, no i wino – dwie butelki, ale wypijamy tylko jedną…

Zjeżdżamy do wioski Santana, gdzie zachowały się tradycyjne trójkątne domki kryte strzechą i pomalowane na wesołe kolory. Nikt już w nich nie mieszka, w niektórych są małe bary, w innych sklepiki z pamiątkami i wyrobami rzemieślniczymi, tym niemniej są tak malownicze że obok strelicji funkcjonują jako jeden z symboli wyspy na magnesach, koszulkach i zabawkach.

Z Santany udajemy się na półwysep św. Wawrzyńca stanowiący kompleks wysokich i stromych klifów. Pani Sonia mówi, że wieją tu wiatry uniemożliwiające turystom spacer po tym atrakcyjnym terenie. Nas jakoś oszczędziły i chyba jako nagrodę za mgłę w górach wita nas wspaniałe słońce.

Nie podejmuję się opisać widoków kłębiącej się wody rozbijającej się o klify oświetlone przez przedwieczorne słońce. Przybierają co chwila inne barwy, raz są czarne, raz brązowe, a czasem zupełnie czerwone. To piaskowiec przetykany warstwami bazaltu o kształtach przedpotopowych zwierząt i baśniowych stworzeń. Mieliśmy spędzić na półwyspie 15 minut, ale wszyscy szaleją z aparatami i robi się z tego godzina.

Wracamy koło lotniska zajmującego dziewiąte miejsce na świecie pod względem zagrożeń w czasie startów i lądowań. Pas startowy stoi na 180 kolumnach (czy raczej słupach) równolegle do linii brzegowej i ma 2800 m długości aby mogły na nim lądować Jumbojety. Pani Sonia twierdzi że z tym zagrożeniem to przesada, bowiem miały tu miejsce tylko trzy wypadki i to w latach 70.

Wycieczka chyba ciekawsza od pierwszej, bo program obejmował bardzo atrakcyjny widokowo rejon. Szkoda, że nie ma czasu na zwiedzenie wschodniej – wulkanicznej części wyspy. Może kolejnym razem?

poniedziałek – 3 grudnia

Tak nam się spodobał ruchliwy tryb życia, że zamiast odpocząć przed podróżą powrotną znów jedziemy do Funchal. Tym razem wędrówkę rozpoczynamy od ogrodu Świętej Katarzyny położonego na wzgórzu w pobliżu głównego nadmorskiego deptaka miasta. Tu można utwierdzić się w przekonaniu, że Madera to naprawdę królestwo kwiatów. Ogród jest bardzo ciekawie zaprojektowany, są sadzawki i fontanny, posągi wyrzucające wodę, kwitnie wiele roślin -–oczywiście dominują strelicje, widać ogromne drzewa – cedry, puchowce, tuje i inne. Wychodzimy jedną z bram i postanawiamy odnaleźć reklamowany w folderach kościół angielski. Znów z planem miasta w ręku wędrujemy wąskimi uliczkami, między innymi ciekawą Rua da Carrera ze starymi kamienicami ozdobionymi koronkowymi balkonami. To już nie nadmorski deptak ale miejsce, w którym żyją „miejscowi”, o czym świadczą małe sklepiki, mikroskopijne bary, a nawet fakt, że widzi się również śmieci…

Odnajdujemy w końcu angielski kościół otoczony, a jakże, zadbanym ogrodem z ławeczkami zachęcającymi do odpoczynku. Kościół pod wezwaniem Świętej Trójcy jest okrągły, niewielki, a wnętrze jeszcze uboższe aniżeli w kościołach ewangelickich. Oglądamy popiersie Filipy, angielskiej księżniczki, córki Johna z Gaunt, która w XIV wieku poślubiła portugalskiego króla Joao I.

Słońce świeci, ptaszki śpiewają, a my relaksujemy się na „angielskiej” ławeczce korzystając z ostatniego już ciepłego dnia. W końcu uznajemy, że pora coś zjeść i schodzimy w stronę portu. Maleńki bar zachęca „Zupa dnia – 1,4 euro”. Zauważyłam już wcześniej, że mieszkańcy Madery w czasie lunchu jedzą zupę w dużej misce i postanawiamy z Basią skorzystać z tej oferty. Zupa jest świetna – gęsty, esencjonalny rosół z dużą ilością mięsa, warzyw, makaronu i świeżych kiełków. Popijamy ją małym piwem.

Po drodze odwiedzamy sklepy z ciuchami stwierdzając, że są dość tanie i można wybrać coś całkiem sensownego. Jeszcze tylko „posiedzenie” na ławce na głównym deptaku Avenida Arriaga i meldujemy się na przystanku autobusowym.

Po kolacji my – Barbary – jutrzejsze solenizantki – urządzamy skromne party z winem, orzeszkami i ciasteczkami. Jest wesoło i szkoda, że to już koniec pobytu. Jeszcze trzeba się jakoś sensownie spakować. Ja nie mam z tym problemu bo nie kupiłam żadnej butelki, ale koleżanki owijają swoje zakupy różnymi częściami garderoby aby się nie zbiły.

wtorek – 4 grudnia

Skończyły się tematy godne opisu. Melinuję się na tarasie korzystając ze słonecznego dnia, gdzie spędzam godzinkę. Odnosimy bagaże do recepcji, zwalniamy pokoje i czekamy na transfer na lotnisko. Wszystko przebiega punktualnie, podróż powrotna trwa krócej – tylko 4,5 godziny, a Warszawa wita nas temperaturą –1oC… To już niestety, nie Madera…


Jeśli powyższy „odcinek” zachęcił Was do podróży na Maderę – zapraszamy do kontaktu z Nami !! : )

Pozdrawiamy serdecznie Panią Basię i składamy ogromne podziękowania za możliwość publikacji opowieści 🙂

A. i M.

Oferty polecane

Nie przegap najciekawszych ofert z naszych głównych kategorii